FILMY

 

REBELS OF THE NEON GOD             Ch'ing shaonien ne cha

Gatunek - obyczajowy Produkcja - Tajwan 1992 Reżyseria - Tsia Ming-liang  Czas - 106 min OBSADA - TLee Kang-sheng, Chen Chao-jung, Jen Chang-bin, Lu Yi-Ching

 

RECENZUJE - jagata

 

           Wnętrze budki telefonicznej, po jej zewnętrznych ściankach spływają strugi deszczu. Jest ciemno. Dwóch młodych chłopaków wpada do środka. Zapalają papierosy, zaciągają się raz, rozglądając szybko dookoła, po czym wyjmują małą wiertarkę, którą otwierają skrzynkę automatu. Po sprawnym opróżnieniu zawartości kasetki z pieniędzy instalują ją na powrót, zaciągają się raz jeszcze, rozglądają i wychodzą. Pokój nastolatka, biurko, łóżko i mała lampka, za oknem strugi deszczu. Jest wieczór albo noc. Mieszkaniec pokoju buja się znudzony na krześle. Dostrzega sunącego po dywanie karalucha. Bez namysłu wstaje, podchodzi do niego i nabija na ostrze cyrkla, po czym żywego jeszcze, ruszającego odnóżami przyszpila do blatu biurka. Potem wyrzuca go przez okno.

         Dwójka bohaterów uporała się z kolejną budką telefoniczną. Idą ulicą w deszczu, skręcają w wejście salonu z automatami do gry. Chłopak zauważa karalucha wciąż siedzącego na szybie, zaczyna w nią walić, aż ją rozbija. Na kartkę zeszytu pada kropelka jego krwi.

         Znany europejskim widzom pod angielskim tytułem „Rebels of the Neon God” (Ch'ing shaonien ne cha), nakręcony w 1992 roku film to pierwsze pełnometrażowe dzieło Tsai Ming-lianga, Chińczyka urodzonego w Malezji w 1957 roku. Jest on przedstawicielem drugiej nowej fali chińskiego kina, a jego filmy cieszą się dużym uznaniem na międzynarodowych festiwalach.
Słówko o tytule. Po tajwańsku oznacza on dosłownie „Nastoletni Nezha”. Chodzi o znanego z klasycznej chińskiej mitologii boga, który urodził się jako człowiek w zwykłej ludzkiej rodzinie. Przedstawiane z wieloma ramionami bóstwo słynęło z niepokorności i dorobiło się przydomka enfant terrible chińskiego panteonu, stając się jednak dzięki temu popularną postacią dzisiejszej kultury (bohaterów o tym imieniu, w transkrypcji kanji, możemy spotkać między innymi w wielu anime, np. Saiyuki, Gundam Wing, X/1999 czy Monkey Magic). Nie wchodząc dalej w rozległą genealogię impulsywnego chłopięcego bożka, próbującego według podań zabić własnego ojca, z którym miał na pieńku, możemy ustalić korespondencję tytułu z treścią filmu.
Z pierwszych scen dowiadujemy się co nieco o jego bohaterach. Są to młodzi mieszkańcy wielkiego miasta, wegetujący w zagraconych, na wpół pozalewanych wodą mieszkaniach; na swój sposób znudzeni egzystencją, szukają dogodnej rozrywki. Dalsza akcja pozwala nam uczestniczyć w ich wędrówkach; poznajemy kolejnego bohatera – filmowane z ręki Tajpej, miasto tysięcy skuterów, salonów z automatami, kolorowych i mamiących świateł nocy; miasto, które nie zasypia i nie pozwala spać mieszkańcom. Bohaterowie to chłopcy o imionach Ah Tze i Ah Bing, oficjalnie pracujący w firmie telefonicznej i przy naprawie automatów, a po godzinach, prócz okradania budek telefonicznych handlujący na czarno sprzętem komputerowym. W nocnych wypadach do salonów gier i barów zaczyna towarzyszyć im mieszkająca po sąsiedzku rozrywkowa Ah Kuei, zainteresowana z wzajemnością Tze.

        W innym rejonie miasta mieszka Hsiao-Kang, chłopak uważany przez swoją matkę za wcielenie boga, co objawia się umieszczaniem przez nią papierowych znaków mocy pod poduszką syna i dosypywania do obiadu resztek spalonych kartoników z zakęciami, ku zgrozie męża, uznającego owe działania za drażniące zabobony. Co na to sam Hsiao-Kang? Dzielący najwidoczniej z bóstwem niepokorny charakterek dąży do stania się jednym z buntowników neonowego boga; zazdrości widzianym na ulicy młodocianym awanturnikom i sam zaczyna zachowywać się gorzej od nich. Zafascynowany podpatrywanym światem dzieci ulicy śledzi ich i wymierza własną, pokrętną sprawiedliwość.

         Tsai Ming-liang mieszkał ponoć przez 20 lat w prostej, małej wiosce, zanim przyjechał do Tajwanu. To miało, jak sam określa, wielki wpływ na jego psychikę i nie pozostaje bez echa w jego filmach. „Nawet dzisiaj”, mówi Tsai, „nie czuję się przynależny ani do Tajwanu ani do Malezji. Mogę iść gdzie zechcę i wpasować się, ale nigdy nie będę miał poczucia przynależności”. To wrażenie towarzyszy nam podczas projekcji „Rebels..”, gdy obserwujemy bohaterów sprawiających wrażenie wykorzenionych, skazanych na szukanie swojego własnego miejsca w neonowym świecie.

         Po powierzchni wody zalewającej podłogę w mieszkaniu Tze pływają plastikowe klapki.. Na ekranie telewizora umieszczonego na rogu ulicy leci anime. Ah Kuei budzi się nocą sama w hotelowym pokoju. Ojciec Hsiao-Kanga zamyka drzwi mieszkania na klucz. Potem jednak uchyla je i tak pozostawia, gdyby jednak syn zdecydował się wrócić dziś do domu.. Tajpej błyszczy nocą.
Trudno opowiedzieć o tym filmie inaczej, niż obrazami. Jest milczący i surowy, jakby ktoś postawił kamerę na ostatnim stoliku małej tajwańskiej knajpy, na ulicy czy na półce w mieszkaniu i pozwolił jej po prostu rejestrować wydarzenia. Mimo tej skromności środków, a może właśnie za jej przyczyną, zostajemy wciągnięci w przebieg historii, opowiadanej z umiarem i swoistą logiką. I mimo braku bezpośredniego komentarza (ale cóż może być bardziej bezpośrednie niż obraz) dostrzegamy poruszający sens jej kameralnego, chciałoby się rzec, finału. Nie bez kozery pewien brytyjski reżyser filmowy nazwał Ming Lianga „mistrzem minimalizmu”.

OCENA  :    7+/10

 

Plusy:
* Ambitne kino z przesłaniem i historią do opowiedzenia.
* klimat

Minusy:
* skąpe dialogi
* powoli rozwijająca się akcja.