|
Gatunek - sensacja, kryminał, dramat Produkcja
- Japonia 1997 Reżyseria
- Takeshi Kitano Czas
- 103 min OBSADA
- Takeshi Kitano,
Kayoko Kishimoto, Ren Osugi,
Susumu Terajima
|
RECENZUJE
- jagata
„Hana-bi” (‘Fajerwerki’), zdobywając Złotego Lwa w Wenecji w 1997 roku, stały
się odkryciem Takeshi Kitano jako filmowego twórcy. Został wtedy nazwany jednym
z najlepszych światowych, nieodkrytych reżyserów (w tym czasie "Sonatine" miało
już dobrych parę lat). Wraz z nim zyskał sławę również Beat Takeshi – druga
twarz Kitano, jego osobowość aktorska. Ten „duet” możemy oglądać też w innych
jego filmach.
Jest jakiś magnetyzm w tym człowieku, którego oglądamy na ekranie. Za każdym
razem, gdy pojawia się we własnym filmie, wiemy, że tkwi w nim historia i
tajemnica, poczucie humoru lub szaleństwo, i tego wszystkiego domyślamy się mimo
spokojnej zazwyczaj mimiki i powierzchowności kreowanych przez niego postaci.
Może to jest właśnie dobre aktorstwo – poczucie głębi bijące z Nishiego czy
Zatoichiego, aura niezwykłości i delikatnej tajemnicy, która ich otacza.
Głównym bohaterem „Hana-bi” jest były policjant Nishi (Beat Takeshi), uwikłany w
kontakty z yakuzą. Postać ze środowiska gangsterskiego jest charakterystyczna
dla kreacji Kitano, przez co został porównany do gwiazdy hollywoodzkich
westernów lat ‘50 – Roberta Mitchuma. Twardy facet, któremu nie zadrży ręka na
spuście. Ale, jak już wspomniałam, filmowe postacie Kitano są bardziej
wysublimowane. Nishi jest niepozorny, zdaje się wręcz nieśmiały. Jednak chwilę
potem widzimy go mordującego z zimną krwią w przypływie gniewu. To pęknięcie
typowego wizerunku pozytywnego lub negatywnego bohatera (Nishi jest w końcu
szorski, ale czuły wobec nieuleczalnie chorej żony) zapowiadają tiki nerwowe,
które obserwujemy na jego twarzy corz częściej wraz z biegiem akcji. Także
urywane sceny retrospecji, które „nawiedzają” Nishiego, przypominając mu obrazy
pełne krwi i uśmiercania. Wiemy, że jego historia jest w pewien sposób
tragiczna, stąd zaskakują motywy groteskowe czy absurdalne, cechujące humor „Hana-bi”
. Kontrastowanie tego typu, łączenie tragizmu i komizmu (napad na bank Nishiego),
delikatności i okrucieństwa, wyrazistości ale i niedopowiedzeń, czerwieni
sugerującej krew z bielą śniegu na obrazie Horibe – jest chyba charakterystyczne
dla tego filmu Kitano.
„Martwych kwiatów się nie podlewa”
Większa część filmu „dzieje się” bez słów. Odbieram to jako bardzo ‘japońskie’;
mnóstwo scen jest spektaklem wizualnym, promieniuje delikatnym czarem
przedstawienia, podkreślone poruszającą muzyką Senji Horiuchi. Postacie nie
zdradzają nam swoich sekretów, a zakończenie pozostaje w pewien sposób otwarte,
licząc na wrażliwość i uwagę widza. Prócz plastyczności filmu pozostaje aspekt
estetyki związany z twórczością malarską jednego z bohaterów – byłego policjanta
Horibe, który po wypadku ląduje na wózku inwalidzkim i stara się zabić
bezczynność („skoro mieszkam nad morzem, może powinienem spróbować
malarstwa..”). Kupuje nawet beret, jak prawdziwy artysta. Jego prace przewijają
się przez cały film, korespondując z podróżą Nishi i jego żony, albo z tym, co
przeżywa Horibe. Spacer po parku wśród kwitnących śliw, deszcz.. Podróż głownego
bohatera z umierającą żoną, trochę jak w „Dolls” przez wszystkie pory roku
(„Naprawdę teraz chcesz zobaczyć śnieg?”) może nie jest wolnością, nie ma jej
również Horibe. Ale snuje fantazje o zwierzętach i ludziach z kwiatami zamiast
głów czy oczu (hana to po jap. kwiat; sztuczne ognie, które obserwuje żona
Nishiego, i te na obrazach Horibe, są piękne jak kwiaty), maluje szczęśliwe
rodziny, opuszczony przez własną. Morze, które zachęciło go do prób malarskich,
jest milczącym celem wędrówki bohaterów, wpatrując się w nie, znajdują kres
podróży.
Film zaskakuje, momentami bawi, ogląda się przyjemnie i ze świadomością, że
zobaczyło się coś niezwykłego. I przez to, że nie jest przewidywalny, tragiczny,
tylko pełen harmonizujących ze sobą przeciwieństw, atrakcyjności, czaru i
utajonego przekazu, który można samemu znaleźć niczym ukryty skarb – jest
godzien polecenia z ręką na sercu, jeżeli nie określenia mianem „pozycja
obowiązkowa”.
OCENA
:
9/10
|