|
Gatunek - kostiumowy,
przygoda, akcja, dramat Produkcja - 2007
Hongkong, Chiny Reżyseria - Benny Chan Czas
-118 min OBSADA
- Jet Li, Takeshi Kaneshiro, Andy Lau, Jinglei Xu
|
RECENZUJE
- ROGER
Są filmy na które czekamy jak na szpilkach odliczając w kalendarzu kolejne
dni przybliżające nas do daty premiery. Filmy które gdy już się pojawią
oglądamy z wypiekami na twarzy pasjonując się każdym kolejnym kadrem, grą
aktorską czy fabułą w nich przedstawioną. Dla mnie takim filmem jest The
Warlords.
Może na
początek przedstawię kilka liczb. The Warlords stał się najbardziej kasowym
filmem w 2007 roku w Chinach. Zarobił blisko 36 mln dolarów. Za sam udział
Jeta Li producenci musieli wyłożyć około 13 mln dolarów czym stał się on
najlepiej opłacanym aktorem w Chinach. Biorąc pod uwagę ,że w filmie obok
Jeta występuję także Takeshi Kaneeshiro i Andy Lau można dojść do wniosku
,że to jeden z najlepiej obsadzonych filmów w historii chińskiego kina.
Dodajmy do tego znaną w wielu kręgach Jinglei Xu oraz fakt ,że za produkcje
zabrał się bardzo utalentowany Peter Chan a wyjdzie nam mieszanka wybuchowa.
Generał
Ma Xinyi (Jet Li) po krwawej bitwie w której ginie jego cała armia, bojąc
się śmierci postanawia udawać trupa. Dręczony Wyputami sumienia ucieka z
miejsca masakry. Niebawem spotyka Lian (Jinglei Xu) w której zakochuje się i
spędza z nią noc. Chęć zemsty na wrogu który rozniósł w pył jego armie
posuwa go do przyłączenia się do grupy bandytów napadających na konwoje z
jedzeniem. Tu wraz z przywódcami grupy Cao Er-Hu (Andy Lau) i Zhang
Wen-Xiang (Takeshi Kaneshiro) po jednej z nieudanych akcji zakłada pakt
krwi. Od tej pory są braćmi na śmierć i życie. Wraz ze swoimi ludźmi
postanawiają porzucić bandyckie życie, przyłączyć się do armii i wywalczyć
godne życie dla swoich rodzin i dla siebie. Pikanterii dodaje fakt ,że
kobieta z która spał Ma Xinyi okazuje się żoną Cao Er-Hu z którym zawarł
pakt krwi. A takie trójkąty nigdy nie prowadzą do niczego dobrego....
Historia może nie rewelacyjna ale na pewno zaciekawi każdego widza. Z mojego
punktu widzenia film składa się z dwóch części. W pierwszej połowie
obserwujemy zapierające dech w piersiach bitwy, i sceny batalistyczne, w
drugiej zaś zaczyna się bardziej intelektualna pożywka z intrygami,
podchodami i nagłymi zwrotami akcji. Zacznijmy jednak od scen w których w
ruch idą noże, miecze i armaty. Jet Li to renoma jeśli chodzi o wszelkie
filmy akcji. Nie zawiódł i tutaj. Kolejne sekwencje w których Jet wymiata a
to włócznią a to mieczem są niesamowite. Nie ma tu żadnej umowności. Trup
ściele się gęsto, latają kończyny, leje się krew chodź trzeba przyznać ,że
chińczycy potrafią to zrobić tak by nie wyglądało to jakby każdy z żołnierzy
tracił 40 litrów krwi po jednym cięciu. I chwała im za to.
Jednak tym co w filmie uderza nas w głowę i nie daje się podnieść jest scena
starcia dwóch armii. Tego nie da się opisać słowami. Pompatyczna muzyka,
tysiące statystów, konne szarże, walki w zwarciu, strzały z karabinów,
armaty niosące spustoszenia w szeregach wroga, itd. Genialna praca kamery
która raz wiruje pośród walczących żołnierzy innym razem szybuje wysoko w
górę i stara się nam ukazać jak najlepiej obraz toczącej się bitwy. Już dla
tej jednej sceny warto film obejrzeć. Oczywiście nie musze wspominać ,że
wszystkie, kadry, zdjęcia, scenografia, czy ubiory prezentują najwyższy
światowy poziom.
Bardzo spodobał mi się również kontrast i paleta barw użyta w filmie. Na
polu bitwy czy w wiosce bandytów gdzie panuje nędza, jest brudno, szaro,
smutno i sugestywnie. Gdy zaś akcja przenosi się na dwór cesarzowej czy do
stolicy obserwujemy ostre pikantne wręcz barwy, scenografie która swym
bogactwem i różnorodnością idealnie ukazuje różnice jakie panują miedzy tymi
dwoma światami.
O grę
aktorską również nie musieliśmy się martwić. Jet Li w roli bezwzględnego
dowódcy spisuje się znakomicie i jest bardzo przekonywujący. Andy Lau pełen
ideałów, honorowy i wyrozumiały, Takeshi Kaneshiro narwany pełen
młodzieńczej werwy czy w końcu Jinglei Xu jako intrygantka z rozdartym
sercem. U każdej z postaci czuć głębie. Bohaterowie mają złożone osobowości
w czasie filmu zmieniają się, czasem wręcz ciężko zrozumieć ich
postępowanie. Ale takie jest azjatyckie kino. Genialny jest też dobór
aktorów drugoplanowych. Praktycznie nie ma aktora który zagrałby kiepsko.
To co bardzo mnie
ucieszyło to minimalna dawka patosu i brak inflantywności. Nawet wątek
miłosny przedstawiony jest tu bez zbędnych ubarwień. To powoduje ,że film
bardziej przypadnie do gustu męskiej publiczności. Bo Jest to właśnie
opowieść o męskiej solidarności. O braterstwie, honorze, o zderzeniu z
brutalną rzeczywistością. Nikt w filmie nie jest bez winy. Każdy zabija,
każdy robi to z jakiegoś powodu. Nawet postacie wrogów naszych "braci krwi"
wzbudzają czasem współczucie. Nie ma podziału na dobrych i złych. Może to
właśnie fakt iż fabuła jest dojrzała spowodował ,że w filmie praktycznie nie
uświadczymy wątków humorystycznych. Dla niektórych może to być dla
niektórych wada ale biorąc pod uwagę stylistykę filmu w pełni rozumiem takie
posunięcie.
Po garnku miodu
jaki wylałem na wasze głowę napisze na koniec ,że w żadnym wypadku nie jest
to film rewolucyjny. Ale każdy jego element stoi na bardzo wysokim poziomie.
To bardzo dojrzała, realistyczna produkcja. Nie ma skoków na 20 metrów i
latania po drzewach a inflantywnośc ograniczona została do zera. Niektórym
może się wydawać ,że druga połowa filmu jest przegadana i nie ma takiej mocy
jak pierwsza. Ale taki juz charakter The Warlords. Samo zakończenie jest
bardzo symboliczne i poruszające. Co wrażliwsi uronią nie jedną łzę. Zresztą
scen które zapamiętacie z tego filmu będzie o wiele więcej......
OCENA
:
9-/10
|